Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja - muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja - muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2012

Recenzja: Macklemore and Ryan Lewis - The Heist

Są takie duety, nie tylko muzyczne zresztą, które w najlepszej dyspozycji oglądać możemy zazwyczaj wtedy, gdy ich członkowie występują właśnie razem, a nie oddzielnie próbują przeforsować swoje solowe kariery. Wiecie, Bolek i Lolek, Flip i Flap, Pezet i Sidney Polak... no dobra, z tymi ostatnimi to żartowałem. Generalnie chodzi mi o to, że panowie Macklemore i Ryan Lewis dobrali się idealnie (muzycznie w sensie, nie że "Same Love", if you know what I mean) i w duecie robią rzeczy nieprzyzwoicie dobre. I taką oto rzeczą jest ich najnowszy album zatytułowany "The Heist".

Jeśli liznęliście co nieco angielskiego języka, to na pewno wiecie że tytułowe słowo znaczy ni mniej, nie więcej, co "napad", tudzież "rabunek". Nie, żeby z bronią i w kominiarce, a raczej z mikrofonem i pełnym instrumentarium wykorzystanym do stworzenia tej płyty przez pana Lewisa. I nie, że na bank czy też jakiś inny sklep, a na hip-hopową scenę, która po wydawnictwie tychże dwóch dżentelmenów powinna pokornie przyznać, że "to Wy rządzicie, panowie".

Nie powiem, żebym jakoś strasznie szczególnie na tę płytę czekał, bo Macklemore'a lubię od zawsze, ale przesadnie wielkim fanem nigdy nie byłem. Czas przeszły na zakończenie poprzedniego zdania nie jest tu jednak przypadkowy, bo dzięki temu albumowi takowym fanem się stałem. Co się złożyło na taki rozwój wydarzeń? Bardzo wiele rzeczy.

Pierwszą, która wybija się na piedestał są zdecydowanie teksty autorstwa Macklemore'a. I tutaj muszę się przyznać, że poprzednie jego dokonania potraktowałem nieco po macoszemu i zbytnio nie wczytywałem się w teksty, teraz jednak spędziłem niemało czasu nad tym, by w pełni (albo chociaż w znaczącym stopniu) zrozumieć to, co też Ben ma nam wszystkim do przekazania. A ma przecież ogromnie wiele, co w połączeniu z jego inteligencją, erudycją, odwagą i wyobraźnią daje nam pokaźną dawkę rzeczy, nad którymi warto się głębiej zastanowić.

Nie chciałbym zbytnio rozwodzić się nad kawałkiem "Wings", bo jako singiel ukazał się on już przeszło rok temu i właściwie wszystko o nim powiedziano, ale nie mogę oprzeć się temu, by nazwać go kwintesencją tego, co Macklemore ma do zaoferowania swoim słuchaczom. W błahej, wydawałoby się, opowieści o... butach, przemyca bowiem niebłahe wcale treści o niespełnionych dzięcięcych marzeniach, ale głównie o konsumpcyjnemu podejściu do świata, którym wielkie korporacje karmią młodych ludzi niejako obiecując im spełnienie owych marzeń.

Wspomniałem o odwadze... Tak, niebywałą odwagą i umiejętnością pozostania niezależnym wykazał się Macklemore w kawałku "Same Love". Który z raperów odważyłby się bowiem nagrać numer w całości poświęcony homoseksualnej miłości, a mało tego, całkowicie taką miłość poprzeć? Gdy Macklemore rapuje "If I was a gay / I would think hip-hop hates me" to ma całkowitą rację, ale odnajduje w sobie tyle odwagi, by na zakończenie tej samej zwrotki zarymować "I might not be the same / But that's not important / No freedom 'til we're equal / Damn right I support it". W tak nietolerancyjnym środowisku, jakim jest środowisko hip-hopowe to wręcz brawura.

Macklemore bardzo podkreśla także to, że mimo tego, że razem z Ryanem Lewisem wbijają się w hip-hopowy mainstream, to w największym stopniu zależy im na pozostaniu niezależnym wobec czegokolwiek i kogokolwiek. W otwierającym płytę "Ten Thousand Hours" nawiązując do teorii dziesięciu tysięcy godzin mówi o drodze, jaką musiał przejść w samodoskonaleniu rapowego rzemiosła, by znaleźć się w miejscu, w którym jest aktualnie. Wie, że wiele poświęcił, by dosięgnąć zamierzonego celu i nie może sobie pozwolić na marnotrawienie żadnej chwili, bo każda może być jego ostatnią.

Co oprócz tego? Namawia do zakupów w sklepie z tanią odzieżą obalając twierdzenie, że najważniejsza w ubraniu jest metka z logiem znanej firmy. W niebanalny sposób potrafi opowiedzieć o relacjach między partnerami, podpowiadając, że czasem lepiej jest zakończyć jakiś związek wcześniej, w odpowiednim momencie, niż później niszczyć się nawzajem i rozstawać się w kłótniach i wzajemnych oskarżeniach. Stwierdza, że gdyby zależało mu na pieniądzach, to zostałby prawnikiem, a muzyka jest jego pasją i sukces - nawet finansowy - nie zmienią jego podejścia, a jedynie zwiększą jego entuzjazm i chęć dalszego rozwoju. Nie zapomina przy tym o swoich doświadczeniach z uzależnieniem od używek, o którym często wspomina przestrzegając przed nimi swoich słuchaczy. A to nie wszystko, bo w każdym kawałku można odnaleźć coś wartego uwagi, a słabych linijek nie ma na "The Heist" w ogóle.

Nie byłoby jednak tego wszystkiego, gdyby nie odpowiedzialny za stronę muzyczną Ryan Lewis. Wspomniałem już na początku, że obaj panowie dogadują się ze sobą świetnie, co w znakomity sposób zostało udowodnione poprzez ich połączenie na tej płycie. Nie powiem, że Lewis stworzył świetne bity, bo to byłoby zbyt mało... Ryan Lewis stworzył genialną ścieżkę muzyczną, na której Macklemore w pełni może rozwinąć swoje rapowe skrzydła. Zazwyczaj spokojne, często wyważone, ale nie rzadziej mocno absorbujące dźwięki przeróżnych instrumentów połączone z niezwyczajnie, momentami nie hip-hopowo brzmiącą sekcją perkusyjną tworzą klimatyczny majstersztyk. Trzeba podstawić coś lżejszego, co ma towarzyszyć opowiadającemu o poważnych sprawach Macklemore'a? Nie ma problemu. A może podać coś zawadiackiego pod opowiastki o nowych zdobyczach ze sklepu z ciuchami? Proszę bardzo. Kwintesencją świetnej pracy jest znajdujący się w połowie płyty instrumentalny kawałek "BomBom", gdzie Lewis świetnie bawi się tym, na czym zna się najlepiej, czyli tworzeniem fenomenalnej muzyki. Muzyki, która na dodatek nie jest w żaden sposób ograniczona do sztywnych hip-hopowych ram. Takie "Can't hold us" chociażby w znacznym stopniu flirtuje z popem czy nawet electro-popem. A podobnych eksperymentów ze strony Ryana Lewisa nie brakuje na całym krążku.

"The Heist" to rapowo najwyższa półka, produkcyjnie również, a na zdecydowany atut tej płyty należy zapisać także świetnie wykonane refreny, które znajdziemy w praktycznie każdym kawałku. Jak choćby ten nie potrafiący wyjść z głowy autorstwa Ryana Daltona w "Can't hold us", równie znakomity Wanza w "Thrift shop" czy spokojny, idealnie pasujący do konceptu całego numeru śliczny wokal Mary Lambert w "Same Love". Każdy refren jest na swoim miejscu, każdy zrobiony i zaśpiewany w odpowiedni sposób. Idealne dopełnienie idealnej całości.

Napisałem idealnej? No, może niemal idealnej. Mnie osobiście razi nieco kończący album kawałek "Cowboy boots", ale to tylko dlatego, że ogólnie nie jestem fanem takich klimatów muzycznych, co też wcale nie znaczy, że ten kawałek jest słaby, bo jest zgoła odmiennie. Ot, mi po prostu podoba się mniej, niż inne. Dosyć kiepsko w cały wydźwięk albumu wpisał się niestety ScHoolBoy Q, który dał zwrotkę nieprzystającą do całości. Dwie sprawy, które w zasadzie nie obniżają jakości całego albumu, a jedynie sprawiają wrażenie, że można było zrobić to jeszcze lepiej. Poza tym ciężko byłoby mi znaleźć cokolwiek, co możnaby autorom tego krążka zarzucić.

sobota, 21 lipca 2012

Recenzja: Pyskaty - Pasja

Parafrazując nieco naszego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza zdecydowanie można stwierdzić, że "łaska słuchacza na pstrym koniu jeździ", o czym świetnie przekonał się w ostatnim czasie Pyskaty. Przyzwyczajona do pyskatego Pyska, wręcz Skurwiela Pyskatego, spora część odbiorców rapu Przemka postanowiła bowiem bezwzględnie skreślić "Pasję", jako płytę słabą, miałką, nieudaną. Bo po co ten koncept, skoro żeby doszukać się jakichś analogii trzeba czasem mocno wytężyć głowę; bo jeśli już ten cholerny koncept, to czemu taki, który aż tak łatwo określić patetycznym, przesadzonym i niegodnym zwykłego śmiertelnika; bo jak już ten pieprzony koncept i rozkminkowe teksty, to czemu to wyszło tak zwyczajnie i bez polotu. I "gdzie są, kurwa, pancze?"

Z drugiej jednak strony - żeby nie było, że wspominam tylko o jednej opcji - pojawiła się równie duża dawka psychofańskiego wręcz zachwytu nad płytą. Że genialna, że super, że świetna, że Pyskaty zajebiście, a bity równie dobre. Bezkrytyczne, bezrefleksyjne wręcz opinie o wydawnictwie ukazywały się więc równie często, co te będące na drugim końcu skali ocen. A jak jest naprawdę? Jak zwykle, prawda leży gdzieś pośrodku.

Wybierając motyw Drogi Krzyżowej na główną oś wokół której Pyskaty postanowił zbudować swoją drugą solówkę postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, jednocześnie dając pole do dyskusji czy tak w ogóle wypada. Poczynając od tytułu płyty, poprzez okładkę i tracklistę, a kończąc na treści - wszędzie mamy mniej lub bardziej wyraźne nawiązania do Drogi Krzyżowej, a Pyskaty zadbał też o takie szczegóły, jak analogiczny do ukrytej, piętnastej stacji - ukryty, piętnasty kawałek. Przyznaję, że nie znając jeszcze wszystkich szczegółów, a mając jedynie pojęcie o ogólnym koncepcie panującym na tej płycie, obawiałem się, że Pysk może niestety popaść w patos, próbując bawić się w jakieś mesjanistyczne wizje dotyczące swojej osoby. Uff. Jakże mi ulżyło, gdy okazało się, że moje obawy były zdecydowanie przesadzone.

Pyskaty skupia się przede wszystkim na rozliczeniu ze swoim życiem i próbie podsumowania tego, co przeżył do tej pory, a nie na przedstawianiu swoich religijnych przemyśleń i próbie ewangelizowania słuchaczy. Wykorzystał motyw Drogi Krzyżowej, jako pewną konwencję artystyczną, niekoniecznie związaną z duchowieństwem człowieczeństwa.
"Ostatni wprawił ich w zdumienie:
Daj mu serce, charyzmę i talent,
A szybko pozna czym jest zobojętnienie,
Kiedy apatia i depresja zaczną swój taniec."
Koncept jest jednak po to, by się go trzymać i rację mają jednak ci, którzy mówią o nie do końca widocznych nawiązaniach w samych kawałkach. W niektórych nie budzą one żadnych wątpliwości, jak choćby w otwierającym płytę "S.A.L.I.G.I.A.", który jest niezwykle plastycznym opisem skazania Pyskatego na życie obarczone znamieniem siedmiu grzechów głównych. Często jednak mamy okazje na wytężenie zwojów mózgowych w celu odnalezienia powiązań pomiędzy treścią poszczególnych numerów a kolejnymi stacjami chrystusowej Drogi Krzyżowej, bo są one albo słabo zauważalne, albo bardzo głęboko ukryte, a czasem mocno naciągane, jak analogiczne z ukrzyżowaniem na krzyżu, ukrzyżowanie na ulicach w "Mówią o nim".

Zarzuty o wątpliwej jakościowo rozkminkowości materiału w zasadzie też można ograniczyć do jednego pytania: czy w momencie, gdy nagrano już tysiące płyt hip-hopowych, od każdego materiału trzeba wymagać innowacyjności tematycznej, skoro właściwie każdy temat został już kilka razy oklepany z każdej strony? Pewnie, że fajnie by było i wszyscy doceniamy, gdy raperowi uda się w fajny sposób "ugryźć" nieporuszany jeszcze temat, ale chyba lepiej posłuchać subiektywnej opinii Pyskatego na jakiś konkretny temat, niż wymagać od niego, by nagrywał kawałki o jakichś strasznie alternatywnych zjawiskach, które w zasadzie nas nie interesują. Metafora przedstawiająca muzykę jako kobietę znana jest już oczywiście do dawna, ale sposób ujęcia tematu przez Pyskatego jest przecież całkiem ciekawy i barwny. 
"Pamiętam to, była mi kochanką,
mam pecha, poligamistka; szkoda, że też zna Mesa.
Kręci z każdym, nie dyskutuj teraz o gustach,
wielu robi z niej szmatę, gdy wyciera nią usta."
Pyskaty postanowił nagrać płytę bardzo osobistą, dlatego też ciężko wymagać od niego, by zaskakiwał jakimiś niebanalnymi tematami, skoro opisywane przez siebie życie miał, jakie miał. Czasem lżejsze, czasem cięższe, choć pewnie zawsze ciekawe dla niego i jego bliskich. Dla słuchaczy? Już niekoniecznie. Nie każdego musi interesować przecież to, że kiedyś Pysk z zazdrością patrzył na tych, którzy wydają 300 złotych w klubowym barze, albo czy mama Przemka jest dumna z drogi, jaką jej syn obrał w swoim życiu. Ci, których to interesuje - płytę spropsują; ci, co mają to w głębszym poważaniu - pewnie skrytykują. Normalka. 

Oprócz wzbudzających spore kontrowersje treści i ogólnego konceptu są też rzeczy, które zdecydowana większość słuchaczy ocenia bardzo pozytywnie, a mianowicie forma czysto rapowa i bity. Pyskaty nie ma żadnych problemów ze swobodnym artykułowaniem wersów, potrafi w odpowiednim momencie odpowiednio delikatnie przyśpieszyć, a gimnastyczny flow sprawia, że w żadnej chwili słuchanie go nie nudzi. Lata doświadczenia za mikrofonem robią swoje i wypracowany przez ten czas styl procentuje dużą pewnością i swobodą. 
"Nie chcę być klonem VNM'a czy Mesa,
co drugi dziś śpiewa w refrenach czy kurwa przyspiesza.
Ja nie muszę tego robić, by wciąż udowadniać kto jest dobry.
To nie mit, zdominuję bit i w mig sprawdź sobie ten track u WdoWy."
Za produkcje odpowiadają z kolei postaci z ścisłego beatmakerskiego polskiego mainstreamu, jak Ostry, The Returners czy BobAir, są osoby zdobywające coraz większe uznanie, jak Oer, Qciek i Stona, ale także producenci, którzy na legalnych wydawnictwach nie zapisali jeszcze wielu kartek, jak Zbylu, Kudel, Kuoter i SherlOck. No i oczywiście nieobecny na trackliście, ukryty podobnie jak ostatni kawałek, Cok. Spektrum osobistości mocno szerokie, ale wszyscy dobrze zgrali się z ogólnym zamysłem Pyskatego i całość jest mocno spójna, bez zdecydowanego wyróżniania się in plus/in minus któregokolwiek z producentów. 

Gości na płycie mamy wielu, choć tak na dobrą sprawę wszyscy zmieścili się na dwóch kawałkach, no bo dodatkowego wokalu Onara nikt chyba nie traktuje serio, co? Włodi pokazał się poprawnie, ale w takim towarzystwie i po ostatnio zanotowanym mocnym progresie można było oczekiwać więcej, a za samo ogarnięcie Big Shuga Pyskowi należy się ogromny props. Średnio niestety wypada też aptaunowy posse-cut, w którym niby wszyscy zaprezentowali się bardzo w porządku, ale tak naprawdę nich jakoś szczególnie nie zachwycił, a nie ma już w ogóle co porównywać "Razem" do "Bez granic". 

Inny ten Pyskaty niż kiedyś. Gorszy? Lepszy? Po prostu inny. Dojrzalszy, mniej pyskaty, bardziej skupiony na własnej osobie i życiu bezpośrednio go dotyczącym. Osobiście bliżej mi trochę do tej grupy, która propsuje nową płytę Przemka, choć w części aspektów, na które zwracają uwagę opozycjoniści znajduję pewnie sporo prawdy. Koncept był wymagający i trudny do udźwignięciu w idealnym stopniu, co raczej się Pyskatemu nie udało, choć nie jest też tak, że całkowicie na nim poległ i nie pozostawił po sobie nic dobrego. Bo choć do wspomnianego ideału na pewno brakuje sporo, to poziom całej płyty jest co najmniej dobry, a momentami nawet bardzo dobry.

Znak jakości - C+

poniedziałek, 16 lipca 2012

Recenzja: Kubiszew & Zbylu - Rachunek jest prosty

Zabrałem się za przesłuchanie tej płyty z dwóch prostych powodów. Pierwszy - Zbylu może nie jest najlepszym producentem w tym kraju, ale ostatnio pokazuje się z dobrej strony więc nastawiałem się na porządną oprawę muzyczną. Drugi - na trackliście znalazłem takie ksywki jak Peerzet (zwłaszcza on), Jinx, Małpa czy Młody M, dlatego uznałem, że warto płytę sprawdzić choćby ze względu na te kilka featuringów. Dwa powody, a żadnym nie jest postać najważniejsza, wydawałoby się, na całym projekcie, czyli Kubiszew. 

No właśnie. Pochodzący z Wrześni raper, to postać, która znana jest mi bardzo słabo - kojarzę go głównie z udziału w dwóch posse-cutach: na "Reedukacji" Slums Attack i w ostatnio wypuszczonej kolaboracji poznańsko-białostockiej, za którą stał Bezczel. Co więcej, w obu przypadkach zaliczałem go do tych słabszych i nie wiązałem w związku z tym większych nadziei z tą płytą. Fajne bity + fajne zwrotki gości + męczący gospodarz - tak miało być. Czy było?

I tak, i nie. Kubiszew bowiem okazał się raperem poprawnym, nic ponad to. Z drugiej strony nie jest wcale tak słaby, jak myślałem po wcześniej wymienionych gościnnych występach. Szesnaście tracków to zdecydowanie za dużo, by na spokojnie przesłuchać całą płytę rapera, którego flow ogranicza się do prostego rymowania pomiędzy bębnami. Kubiszew nie kombinuje z flow, bo - przynajmniej sprawia takie wrażenie - nie ma do tego warunków, co na dłuższą metę okazuje się mocno męczące i mocno utrudnia przesłuchanie płyty "na raz". Ma jednak jakąś swoją solidność i zalążek stylu, dlatego też nie można go całkowicie spisać na straty i liczyć na to, że będzie w stanie jeszcze popracować nad swoim warsztatem. 

Wobec braków w formie czasem całość potrafi uratować treść? W tym przypadku i ona nie jest wyjątkowo ciekawa. W większości to oklepane banały, że samotność jest słaba, że rodzina jest najważniejsza, że każdy dzień jest szansą i dobrze mieć fajnych przyjaciół, ale trzeba uważać, bo ludzie są różni itd. Dużą część zajmują też osobiste kawałki o popełnianiu błędów, zaliczaniu życiowych porażek i wyciąganiu z nich wniosków. Ale nie, że ekshibicjonizm na bliskim Bonsonowi poziomie, raczej ogólniki i moralizatorskie ostrzeżenia przed szybkim życiem. No i wersy w stylu "pierdolę interpunkcję" nie należą do zbyt fortunnych. Kubiszew zakłada jakiś nowy front antyjęzykowy czy co?

Tak jak się spodziewałem, całość w dużym stopniu ratują i czynią "słuchalnym" bity autorstwa Zbyla. Klasyczne, osadzone na mocnych bębnach z dodatkowymi smaczkami w stylu fajnego gitarowego motywu w otwierającym płytę "Swoim tropem" bity, ale też klimatyczne, lekko nawet mroczne produkcje takie, jak wszystkie "Lekcje". 

Mała dygresja. Jaki jest sens umieszczania na końcu płyty kawałka pt. "Świadomość to zbroja", który jest połączeniem trzech zwrotek zawartych w ponumerowanych od 1 do 3 "Lekcjach"?  W ten sposób dwa razy dostajemy te same, nie najlepsze przecież, zwrotki. Borixon swoje "Papierosy" wrzucił chociaż na zremixowanym bicie, co jeszcze byłem w stanie zrozumieć, ale tutaj dostajemy dokładnie ten sam bit i dokładnie te same zwrotki. No sense. 

Wracając do Zbyla, to udowodnił że ma spory potencjał, który póki co ujawnia się w mocno klasycznych bitach, a z wybijających się bębnów zrobił już chyba swój znak rozpoznawczy. Przynajmniej u mnie. W przypadku tej płyty sprawia, że można ją w miarę bezboleśnie "połknąć" za jednym odsłuchem, a to już duży plus.

Kolejną rzeczą, która dodaje plusików temu wydawnictwu to bez wątpienia goście. No, nie wszyscy oczywiście. Peerzet swoją zwrotką nie tylko powiększył poziom oczekiwania na jego solówkę w Aptaunie, ale zjadł wszystkie zwrotki gospodarza pokazując mu dobitnie czym jest styl, flow i oryginalność. Jinx dał zwrotkę tylko porządną, podobnie jak Młody M, ale obaj i tak pokazali, że są kilka poziomów wyżej niż Kubiszew. Podobnie zresztą jak Małpa, który swoją dwunastką pokazał, jak można fajnie poskładać wcale nieodkrywczy przecież tekst. 

Nie przekonał mnie do siebie Kubiszew tą płytą. Nie sądzę, żebym na kolejne wydawnictwo czekał choćby w najmniejszym stopniu. Choć z drugiej strony, nie odrzucił mnie od siebie aż tak, żebym całkowicie pozbawił się ochoty na coś-tam-coś-tam, co wypuści kiedyś-tam. Sporo jednak przed nim pracy, bo póki co płytę ratują mu Zbylu i goście, a to nie świadczy przecież zbyt dobrze.

Znak jakości - D-

poniedziałek, 2 lipca 2012

Śmigiem-migiem - zbiorówka

Kilka słów o kilku płytach, które moim zdaniem nie zasłużyły na to, by poświęcić im pełnoprawną recenzję. Jedne z nich są lepsze, drugie są gorsze - łączy je to, że miały bardzo niewiele momentów, które faktycznie mnie porwały, ewentualnie nie miały ich w ogóle.

Borixon - Rap not dead
Nie powiem, że nie czekałem na tę płytę. Byłem bardzo ciekawy tego, co wymyślił sobie Borys oraz tego, jak w większym wymiarze poradzi sobie na tych swoich syntetyczno-dubstepowo-elektronicznych bitach. Szczerze mówiąc, nie przepadam za hip-hopem na tego typu produkcjach, no i ta płyta wcale mnie szczególnie jakoś do nich nie przekonała. Choć muszę przyznać, że całkiem nieźle sobie na nich Borixon radzi i nie kłuje to specjalnie w uszy. Pierwsze wrażenie miałem nawet jak najbardziej pozytywne, potem było już jednak gorzej. Ot, ciekawa płyta, którą wypada znać, ale już zachwycać się niekoniecznie.
ZNAK JAKOŚCI - D

Raca/DonDe - Konsument Ludzkich Sumień
Nie chcę jakoś szczególnie odbierać Racy jego umiejętności typowo raperskich, ale jeśli właściwie jedyną rzeczą, którą zapamiętałem z tej płyty są gościnne zwrotki Szada i Teta, to nie świadczy to o nom jakoś szczególnie dobrze. Choć być może to moje prywatne uprzedzenie do jego osoby, bo nigdy jakoś nie mogłem się niego przekonać. Mierzi mnie jego głos, flow wcale nie zachwyca, tekstowo znam też lepszych raperów. Nic ponad solidność.
ZNAK JAKOŚCI - D-
Chada - Jeden z Was
W tym przypadku nawet te kilka zdań to za dużo. Chada jaki był, tak jest, bity w większości słabe i wtórne, goście płyty też nie ratują - no słabo, no. A na Olisie debiutuje na pierwszy miejscu... Może jednak się nie znam?
ZNAK JAKOŚCI - E




Trzy-Sześć - 24tv
Z tą płytą mam duży problem, bo singlowy "Rzut monetą" jest genialny i katuje go bardzo, ale to bardzo mocno. Świetny, bujający bit, ciekawy tekst i dobrze nawinięty kawałek, do którego pewnie często będę wracał. Tyle tylko, że... na tle płyty wypada on tak, jakby był wyjęty zupełnie z innej bajki. Nie twierdzę, że reszta jest fatalna, bo jest w porządku, ale nie zachwyca. Gdyby choć większa część płyty była na tym poziomie, co wspomniany przeze mnie kawałek, to miałbym mocnego kandydata do największego pozytywnego zaskoczenia płytowego roku. A tak, to tylko "Rzut monetą" znajdzie się gdzieś wysoko w podsumowaniach na najlepszy kawałek 2012.
ZNAK JAKOŚCI - D+

Prys - Na złej drodze do lepszych czasów
Nie wiem, co mam o tej płycie napisać i to chyba najlepiej o niej mówi. Nijaka, do bólu. Kilka fajnych momentów, ale nic ponad to. 
ZNAK JAKOŚCI - D-

piątek, 29 czerwca 2012

Recenzja: Rover - 24

Niewiele ponad rok temu odbywałem praktyki studenckie w największym kieleckim dzienniku. Już po pierwszym oddanym przeze mnie tekście Pani Redaktor będąca opiekunką mojej grupy stwierdziła, że ewidentnie widać, że dużo czytam ponieważ mój tekst pokazuje mój bogaty zasób słownictwa, ciekawą formę stylistyczną oraz umiejętność odpowiedniego zmetaforyzowania przekazu. Nie chwalę się. Stwierdzam tylko, że do podobnych wniosków można dojść po przesłuchaniu nowej płyty Rovera zatytułowanej po prostu "24". I to wcale nie dlatego, że sam Mateusz przyznaje, że "jedyne czym się jara, to książkami i rapem", a jeden kawałek w całości poświęcony jest jego książkowej pasji.

Podejmując decyzję o stworzeniu koncept albumu opisującego jednodniową wędrówkę Rovera po swoim życiu, wykazał się on fajną pomysłowością, ale przede wszystkim odwagą. Odwagą dlatego, że opowiedzenie jednego dnia swojego życia w sposób ciekawy, niesztampowy i potrafiący zainteresować słuchacza to spore wyzwanie. Przyjmujemy przecież, że Rover jest normalnym gościem ze średniej wielkości miasta, jakich wielu w naszym kraju, a nie kolesiem, którego życie pełne jest niesamowitych historii i zdarzeń oraz obfite w niespodziewane sytuacje. Sztuką jest więc słuchacza nie zanudzić. A Roverowi się to...

...w zdecydowany sposób udało, w czym, jak sądzę, bardzo pomogło mu owo oczytanie, o którym napisałem na początku. Rover ma przecież problemy z brakiem pieniędzy - kto nie ma?; ma też złe doświadczenia w sprawach miłosnych - jak każdy?; lubi wrócić do czasów młodości - jak chyba całe pokolenie wychowane w latach 90-tych?; ma też momenty, w których ciężko z nim wytrzymać - a ktoś nie?; nie ma najlepszego zdania o rozgłośniach muzycznych - Ty też? No właśnie, Rover opowiada nam o tym swoim życiu, a ono nie wyróżnia się zbytnio spośród żywotów jego rówieśników. Różnice robi za to fakt, że Rover potrafi w świetny, inteligentny, obrazowy i ciekawy sposób nam o tym wszystkim opowiedzieć.

Wobec tej, nieodkrywczej i nienadzwyczajnej przecież, treści Rover nadrabia ciekawą formą. Przede wszystkim świetnie radzi sobie pod względem flow i techniki rapowania, nad czym zresztą mocno przez ostatni czas pracował. Potrafi odnaleźć się na każdym bicie, nie ma problemów z przyspieszeniem czy zmianą rytmiki bitu i bez silenia się na jakieś kombinacje wszystko prezentuje się bardzo przyjemnie. A wszystko okraszone dużą emocjonalnością.

Właśnie, bity. Są dobre. Nie odkrywcze, nie eksperymentalne, ale bardzo solidne. Typowe dla podziemnych produkcji długie sample z wokalem, kilka świetnych, bujających funkowych breaków jak choćby ten w "Radiu", mocne, wybijające się bębny od Zbyla - wszystko na miejscu, producentów wielu, ale brzmi to spójnie, energicznie, niemiałko, fajnie po prostu.

Jakby nie było, to "24" to pierwszy poważniejszy, nagrany przy wsparciu wytwórni krążek autorstwa Rovera, który w ten sposób próbuje przedstawić siebie, swoje życie, swoje poglądy i wizje. Jeśliby mierzyć tę płytę taką miarką, to wypada ona wręcz celująco, bo jeśli możliwe jest poznanie człowieka dzięki jego muzyce - w tym przypadku poznajemy Rovera co najmniej dobrze.

A widać, że inteligentny człowiek z tego Rovera. Przeczytane książki (mówię to ja - student, jakby nie było, bibliotekoznawstwa) robią swoje. Jest też dobrym raperem, który w ciągu ostatniego roku zrobił spory progres, a ma jeszcze możliwości na rozwój. Jest również dobrym tekściarzem, który z pewnością jeszcze nie raz zaskoczy niebanalnym pomysłem na kawałek. Jest także kolejnym dowodem na to, że kielecka scena hip-hopowa ma się ostatnio coraz lepiej. Album "24" jako przedstawienie siebie szerszemu gronu słuchaczy wypada więc bardzo dobrze. Czekam na więcej. 

ZNAK JAKOŚCI - B- (ten "minus" - bardziej chyba dla wytwórni - za zwykłą, drukowaną, papierową wkładkę z tracklistą płyty w wydaniu fizycznym)

PS. Fajnie, że człowiek, który skończył to samo liceum, co ja potrafi robić tak dobrą muzykę. Proud of it.

wtorek, 26 czerwca 2012

Oddisee - People Hear What They See

Aż przykro mi się robi, jak widzę, że ktoś taki jak Oddisee na facebooku (który, co by o nim nie mówić, jest dużym wyznacznikiem popularności danego wykonawcy) ma niemal identyczną liczbę fanów, co np. taki Sulin. I to mimo tego, że porównywać ich do siebie to jak porównywanie górki tuż obok mojej podstawówki do Mount Everest - niby to i to góra, ale różnica w poziomie wręcz niewyobrażalna.

Zgrywam tu trochę jakiegoś nie-wiadomo-jakiego znawce jego osoby i przede wszystkim jego muzyki, a szczerze muszę się przyznać, że poznałem go dopiero przy okazji ostatniej płyty, czyli "People Hear What They See" właśnie. No fakt, poznałem go późno, ale i z miejsca stałem się jego fanem, bo muzykę robi wręcz nieprzyzwoicie dobrą. Amir Mohamed el Khalifa, bo tak naprawdę nazywa się mający sudańskie korzenie Oddisee, to nie tylko świetny raper, ale przede wszystkim genialny producent muzyczny, który na swoich płytach odpowiada za oba aspekty tworzenia muzyki.

I to właśnie muzyka jest czymś, co świeci najjaśniej na "People Hear What They See". Dominują głównie świetne, delikatne, płynące wręcz soulowe dźwięki, w których równie ważną rolę co bębny odgrywają dęciaki i smyczki.

Już otwierające płytę "Ready To Rock" to strasznie bogata w dźwięki i aranżacje muzyka, gdzie na początek dostajemy genialną trąbkę, która później przewija się gdzieś przez cały utwór, ale jest idealnym rozpoczęciem albumu. Mamy też stonowane, nieco skryte bębny w refrenie, które dodają subtelności i fajnego rytmu, a na koniec kawałka dostajemy jeszcze fenomenalne skrzypce. No i za mikrofonem Oddisee pokazuje duże możliwości pierwszą zwrotkę rapując w spokojnym, laid-backowym wręcz stylu, a w drugiej pokazując duże umiejętności techniczne nawijając w double-tempo. Strasznie mocny wstęp, a dalej nie jest wcale gorzej.

Mamy i bardziej klasyczne, oparte na mocnej stopie i pociętym samplu kawałki jak "Do It All", bardzo przyjemne i płynące wręcz na perkusji i delikatnych skrzypcach w refrenie "Let It Go", czy "Maybes", w którym pianinko jest tak genialne ucięte i opakowane w inne dźwięki, że słuchać można go bez końca. A jakby tego było mało, to na całej płycie znaleźć można ogrom drobnych, czasem ukrytych muzycznych smaczków, jak choćby monumentalny wręcz dęciak w refrenie w "American Greed" czy przebogaty aranżacyjnie "The Need Superficial", gdzie grają perki, są dęciaki, jakiś bas, różne inne. A wszystko tak ogarnięte, że nie ma w tym ani krzty kakofonii, a sama przyjemność ze słuchania. 

Oddisee potrafi także nielicho zaskoczyć. W kończącym płytę "Think Of Things" dostajemy mega przyjemnie płynący, rozluźniający i przygotowujący do zakończenia beat, który nagle przerywa... mocno wykręcony, nieprzystający jakby do reszty, bas, który brzmi jak wyjęty z jakiegoś kawałka The Prodigy. Wow.

Ważną rolę na płycie odrywają także zaproszeni na nią goście, a w szczególności dwóch wokalistów Oliver Daysoul oraz Ralph Real, którzy brzmią fenomenalnie i idealnie doprawiają całość swoimi głosami. Udzielający się gościnnie raperzy Tranquill oraz koledzy Oddisee'ego z Diamond Disrict, czyli X.O. i yU poziomu nie obniżają, ale i go nie podnoszą. Ot, solidne uzupełnienia.

Naprawdę, ciężko tej płycie cokolwiek zarzucić. Jest maksymalnie świeża, dopracowana, świetnie brzmiąca, momentami zaskakująca, opierająca się schematom i trendom. Genialna jednym słowem.

Znak jakości - A

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Skewby - More or less


Uwielbiam takie momenty. Chwile, gdy z bliżej nieokreślonych powodów odnajduję w internecie kawałek zupełnie nieznanego mi kolesia, o nic niemówiącej mi ksywce i wyglądzie, a po przesłuchaniu tego kawałka nie mogę zrobić nic więcej, niż wcisnąć repeat, a potem jeszcze raz repeat, repeat i repeat... A po kilku minutach już download tuż obok całej dyskografii tego zespołu/rapera/piosenkarki.

W tym konkretnym przypadku chodzi o rapera, niejakiego Skewby, o którym nigdy nic nie słyszałem. Zresztą chyba nie tylko ja, bo w internecie informacji o nim dosyć mało (no, nawet strony na wikipedii nie ma, hehe), a najwięcej dostarcza nam on sam na prowadzonym przez siebie blogu (?) i na bandcampie. No, choć możliwe, że to tylko moja ignorancja muzyczna, bo ponoć 9th Wonder mocno angażuje się w jego promocje, a to już nie byle co. Młody raper z Memphis, który jak się okazało na koncie ma już całkiem sporo nagrań, których nieznajomość bardzo szybko nadrobiłem. I okazuje się, że Memphis to nie tylko miasto Elvisa Presleya i Grizzlies z NBA. Pierwsze, jakże pozytywne, wrażenie po przesłuchaniu Almost There - czyli numeru, który jest zapowiedzią epki mającej wyjść w najbliższym czasie - bardzo szybko i dokładnie potwierdziło przesłuchanie przeze mnie dwóch z jego dotychczasowych płyt - Proving You Wrong Since 1988 oraz More or less. I choć obie z całą szczerością mogę polecić każdemu fanowi dobrego rapu, to druga z nich zawładnęła mną na długo. Właściwie do dzisiaj.

Płyta niemal idealna, bez numeru, który mógłbym określić zbędnym. Nieźle, jak na podziemne wydawnictwo wypuszczone do sieci za totalny frajer, co nie? Zacząłem pisać ten tekst jakiś czas temu, ale odłożyłem go "na potem", żeby dać sobie czas na oswojenie i osłuchanie się z tą płytą - sprawdzić czy przetrwa ona próbę czasu, czy jednak po większej ilości przesłuchań okaże się, że jednak pierwsze wrażenie było zdecydowanie na wyrost. No i okazuje się, że wcale nie na wyrost. Ba, kilka momentów, które uważałem początkowo za słabsze, teraz nie zamieniłbym na żadne inne.

Dużo osób porównuje Skewby do Lupe Fiasco - szczerze mówiąc, to z rapem tego drugiego jakoś szczególnie osłuchany nie jestem dlatego ciężko mi się do tego odnieść. Ważne jest jednak to, że słuchając rapu tego kolesia możemy przenieść się do jego świata, który nie ogranicza się do rapowania o koksie, jointach i dupach, a przedstawia nam swoje życie, swoje porażki, sukcesy i poglądy na różne sprawy - jest po prostu sobą, bo, jak rapuje, "not being yourself? That’s like slapping God in the face". W jednej z recenzji przeczytałem, że ta płyta nie tylko opowiada, ale także stanowi wyzwania. Wyzwanie oczywiście dla słuchacza, który, żeby w pewni zachwycić się tą płytą, powinien spróbować zrozumieć to, o czym Skewby rapuje.

A rapuje do fenomenalnych bitów. Co ważne, mimo tego, że za produkcje odpowiada aż dziewięć różnych osób (w tym i sam Skewby, który jest współproducentem kilku utworów), to płyta stanowi spójną całość, która jednak w żadnym momencie nie zaczyna nudzić. Niespełna godzina świetnej muzyki, w której znajdziemy typową dla rapu mocną stopę, świetne dęciaki, ale i lekkie soulowe sample. Ciężko mi w tym momencie wyróżnić jakikolwiek kawałek, bo dosłownie każdy ma w sobie coś, co sprawia, że słucha się go bardzo dobrze. Idealne do radia Sing a song czy La La, pozytywne Sweet Dreams, klimatyczne Book of Eli, doskonałe na poprawę nastroju zepsutego przez deszczową pogodę Sunny czy... no wymienić mógłbym każdy numer z płyty, bo jak wspomniałem wcześniej, każdy ma w sobie to coś.

Polecam tę płytę każdemu. Jest to spora porcja naprawdę znakomitej muzyki, której słuchać można godzinami. Dla rozrywki, dla przyjemności słuchania, ale też dla kilku chwil refleksji. Dla mnie jest to płyta, która już teraz trafia na krótką listę moich ulubionych. Z której pewnie nigdy nie wyleci.

A płytę zupełnie legalnie można ściągnąć tutaj.

wtorek, 28 lutego 2012

Curren$y - Here EP


Nie jestem pewien, ale to chyba trochę wstyd (siara, nie?), że pozuje na osobę, która słucha rapu nie-wiadomo-ile-i-jak-długo, a produkcje takiego Curren$y'ego nie są mi znane praktycznie w ogóle. No, w końcu to nie byle kto, Freshman XXL z klasy 2009, no i koleś, który ma na swoim koncie kilka pozycji uznawanych w środowisku za must-know. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że w rzeczonym dwa zero zero dziewięć z USA znałem tylko Eminema i 50 Centa (nie no, żart, ale jakoś szczególnie nie śledziłem tamtejszej sceny), no i w zasadzie nie jarałem się za bardzo takimi rapsami po jamerykańsku, bo ich nie rozumiałem.

No, w sumie teraz rozumiem niewiele więcej, ale co mi tam. Przesłuchałem tą EPkę i jaram się jak pochodnia stąd do tamtąd, jeszcze trochę dalej i z powrotem. No, podoba mi się. Dobry ten Dolarek. Fajne, laid backowe flow, charakterystyczny i dobrze pasujący do chilloutowej stylistyki głos i ten klimat. Nic tylko wyciągnąć nogi, zamknąć oczy i zajarać cośtam-cośtam (no, jakbym jarał).

Taka jest też ta EPka. Wyluzowana i spokojna, szkoda aż że taka krótka. Jeno 5 (słownie pińć) kawałków, czyli będzie tego z 15 minut (hehe, pododawałem, 15 minut 40 sekund dokładnie). Tak czy inaczej, dobrze się tego słucha, na słuchawkach najlepiej, w miejskim autobusie też nieźle. No, po prostu, fajnie jest. O, i jest kawałek pod bit do "Drive Slow" Kanye Westa, kiedy to nie był on jeszcze heartbreak, a był spoko. Idealny wręcz do nawijki Curren$y'ego.

Na jamerykańskich stronach piszą, że spoko, ale że znowu o tym samym i bez sensu. Czyli jednak czasem to dobra opcja nie słuchać czegoś, bo okazuje się, że teraz mogę jarać się czymś, co inni znają już od dawna i puszczają to mimo uszu. No, nie wspominając, że niewiele z tego rozumiem więc co mi tam, że o tym samym?

poniedziałek, 27 lutego 2012

Medium - Teoria Równoległych Wszechświatów


Słyszałeś kiedykolwiek, drogi czytelniku, o teorii równoległych wszechświatów? Albo o teorii strun? A może spodziewałeś się, że którykolwiek z polskich raperów jest w stanie nagrać płytę pełną nawoływań do wiary czy odniesień do kosmosu i wszechświata? Jeśli nie, to najwyższa pora, żebyś sprawdził, drogi czytelniku, nowy, zatytułowany „Teoria Równoległych Wszechświatów”, album autorstwa Medium. 

Nie jest jednak tak (na całe szczęście zresztą), że kielecki raper wciela się w rolę religijnego kaznodziei i namawia do wiary w jedynego słusznego Boga. Pozuje raczej na osobę, która mimo młodego wieku, w swoim życiu sporo już przeżyła i wie, co pomaga przetrwać te gorsze chwile. Nie narzuca czegokolwiek, a przedstawia jedynie swój punkt widzenia i to, co jego zdaniem jest dobre. Pokazuje ścieżkę, którą podąża sam, i która daje mu siłę do życia. Nie mówi: „wierz, bo ja wierzę!”, a raczej: „wierz, bo będziesz lepszym człowiekiem!”.  Co więcej, nie mówi również tego, w co należy wierzyć – każda jednostka ludzka powinna bowiem sama zdecydować, w czym ulokuje swoją wiarę. Najważniejsze, żeby wierzyć w ogóle, bo wiara daje nam energię i siłę. 

Poza duchowością, bardzo ważną częścią warstwy tekstowej płyty kielczanina jest szeroko pojęty wszechświat. Pełno więc na płycie odniesień do kosmosu, gwiazd, galaktyk czy czarnych dziur. Wszystko to jednak jest jedną wielką metaforą, bo jak powiedział sam Medium, „to nie jest rap o ufoludkach i czarnych dziurach”. Wszystko ma tu bowiem jakieś metaforyczne znaczenie, a rolą słuchacza jest je po prostu odnaleźć i zrozumieć.

Oprócz niełatwej i wymagającej myślenia treści, Medium zaserwował nam całą masę bardzo klimatycznych podkładów, za których produkcje odpowiedzialny jest osobiście. Mamy to, co Medium oferował nam wcześniej, czyli podróż przez muzyczne gatunki (jazz, funk, soul), jak choćby dosłownie przenoszące nas kolejno do Chicago i Paryża „Aromantycznie”, ale także hołd dla miasta-marzenia, jakim dla Piotrka jest Nowy Jork, w niesamowicie klasycznie brzmiącej „Dzielnicy uNYsłu”. 

Że Medium, w tym przypadku, nie znaczy średni wiedzieliśmy już dawno. Nową płytą kielecki muzyk sprawił jednak, że w polskich słownikach powinny pojawić się nowe definicje tego słowa – np. genialny i wyśmienity.